Kim jest influencer i czy warto korzystać z niego do promocji swojej marki?

infuencer czyli kto

Sztuczna inteligencja dosłownie zalewa nas treściami. Niektóre są łatwe do odróżnienia, inne są niemal identyczne do tych prawdziwych. Finalnie ten problem z ich odróżnieniem będzie miał bardzo złe skutki dla społeczeństwa. Będziemy się obawiali, aby nie pomylić jednych z drugimi więc przyjmiemy strategię odrzucenia i negowania wszystkich. W tym miejscu pojawiają się influencerzy, którzy okazujący się być ważnym bastionem walki o autentyczność w komunikacji. Kim zatem jest influencer? Jaki jest podział ze względu na liczbę obserwujących? Omówię też przewagi współpracy z influencerami.

Z tego tekstu dowiesz się:

  • Kim jest influencer
  • Jaka jest definicja influencera
  • Jak dzielimy influencerów
  • Czym różni się influencer od celebryty

Mamy w przypadku influencerów do czynienia ze sporym rozdwojeniem jaźni – z jednej strony badania pokazują, że w Polsce nie cieszą się dużym zaufaniem. Ba! Częściej nawet mniejszym niż politycy. Z drugiej strony przeciętny użytkownik obserwuje ich średnio aż 44. Również zapytani czy influencerzy wpływają na ich decyzje zakupowe odpowiadają w większości twierdząco.

Ogólnie badań na temat całego rynku influence marketingu w Polsce czy na świecie jest bardzo dużo. Analizując je warto zwracać uwagę przez kogo są realizowane (np. przez agencje, które się tym tematem zajmują) oraz pamiętać, że są to badania deklaratywne, a nie realny pomiar zachowania. Ciężko też zweryfikować na obecnie mocno rozbudowanej ścieżce zakupowej ile ważą interakcje konsumenta z influencerem. Oczywiście jest wiele przypadków, które pokazują, że jedna publikacja influencera potrafi wyprzedać w kilka godzin cały asortyment. Jednak należy pamiętać, że na jeden taki przypadek przypada wiele, które sprzedaży nie generują. Najlepszym przykładem tego typu są działania sprzedażowe z influencerami przeprowadzane w branży beauty.

Influencer – kto to?

Jak to zazwyczaj bywa w branży marketingowo reklamowej nie ma jednolitej definicji kim jest influencer. Jeśli miałbym uśrednić wszystkie definicje, z którymi się spotkałem to wychodzi na to, że influencerem jest każda osoba, która poprzez swoje działania w internecie (np. pisanie bloga) czy w mediach społecznościowych (prowadzenie profili) ma wpływ na zachowania, postawy czy decyzje zakupowe szerszej grupy osób, która wykracza poza jego rodzinę i najbliższych znajomych.

To co jeszcze charakteryzuje influencera (i odróżnia od celebrytów) to fakt, że często nawiązuje bliskie kontakty ze swoimi obserwującymi. Dzieje się to poprzez odpowiadanie na komentarze, wiadomości prywatne czy nawet spotkania w świecie rzeczywistym. Dzięki temu buduje społeczność o wiele silniejszych więzach, co przekłada się na większy wpływ. I właśnie w tym tkwi biznesowa siła współpracy z influencerami.

Jak dzielimy influencerów?

Granice ustalone na podstawie liczby fanów czy followersów są dosyć płynne i nie radzę przywiązywać się do konkretnych liczb. Musisz pamiętać, że influencerów dzielimy też ze względu na platformy, z których korzystają (youtuberzy, instagramerzy, blogerzy, podcasterzy, tiktokerzy) oraz kategorię contentu, którym się zajmują (moda i uroda, sport, finanse, rozrywka, lifestyle itd.). Jednak te podziały są dosyć oczywiste i intuicyjne. Dlatego też skupimy się na rozróżnieniu ze względu na liczbę obserwujących, fanów czy followersów.

Nanoinfluencer – do 1 tys. obserwujących

Tak na dobrą sprawę jest nim każdy z nas, kto prowadzi swoje kanały społecznościowe. Jak pokazują klasyczne już badania Nielsena „Consumer trust” najbardziej w swoich decyzjach zakupowych ufamy osobom, które znamy. A kogo my, jako nanoinfluencerzy, mamy wśród swoich obserwujących na Instagramie czy Twitterze? Oczywiście rodzinę, znajomych z pracy, podwórka czy ze szkoły.Pomimo tego, że zasięgi przeciętnego nanoinfluencera nie przekraczają tysiąca osób, to coraz częściej są wykorzystywani przez marketerów. Niskie zasięgi niwelują po części bardzo wysokim wskaźnikiem konwersji. Dodatkowo są to też przedstawiciele nisz tematycznych, do których ciężko dotrzeć tradycyjnymi kanałami komunikacji.

Microinfluencer – od 1 tys. do 100 tys. obserwujących

Ich grupa odbiorców zaczęła wykraczać poza znajome im osoby. Treści, które tworzą trafiają do szerszego grona internautów. Liczebność tej grupy to od kilku do kilkudziesięciu tysięcy osób (w zależności od tematyki, którą poruszają). Microinfluencer, podobnie jak nanoinfluencer najczęściej zajmuje się bardzo konkretną branżą i lojalnymi fanami. Dzięki niezbyt dużym zasięgom często wchodzi z nimi w interakcje, odpowiada na komentarze i wiadomości. Skutkuje to wysokim zaufaniem przekładającym się na wysoką konwersję działań reklamowych, przy względnie sensownym zasięgu.
Popularną taktyką marketingową jest prowadzenie akcji z dużą liczbą microinfluencerów jednocześnie, aby uzyskać większy zasięg, przy zachowaniu znaczącej konwersji sprzedaży.

Influencer – od 100 tys. do miliona obserwujących

Za takowych uznaje się osoby, które na swoim głównym kanale/profilu przekroczyły 100 tysięcy obserwujących. W większości są to osoby, które bycie influencerem traktują jako pracę na pełen etat i są w stanie realnie (często na wysokim poziomie) utrzymać się z działań online. Tworzą jakościowe treści, które są publikowane nierzadko ze stałą częstotliwością. Również nie działają sami i współpracują z innymi osobami przy przygotowaniu contentu. Aktywnie działają na wielu serwisach społecznościowych tworząc dedykowane treści na każdy z nich.

Rodzaj współpracy: płatne w formie lokowania produktu, recenzji czy testów
Charakterystyka: doświadczeni biznesowo, mają komfort w wybieraniu ofert. Za najbardziej wartościowe uważają długoterminowe współprace z jedną marką
Kanały: głównie Youtube oraz Instagram

Celebryta – od kilkuset tysięcy w górę

To osoba, która ze względu na swoją działalność poza internetem ma przynajmniej kilkaset tysięcy obserwujących na swoich kanałach społecznościowych. Coraz więcej z nich przełamuje barierę miliona obserwujących. Procentowe wskaźniki zaangażowania obserwujących na kanale celebryty są kilkukrotnie mniejsze niż w przypadku nano i microinfluencerów, jednak nadrabia to liczną grupą odbiorców.
Obserwujący doskonale wiedzą, że ich idole celebryci reklamują wszystko jeśli tylko dostają za to godziwe pieniądze. Mimo to akceptują taki stan rzeczy i zostają im wierni (o ile zostanie zachowany odpowiedni balans pomiędzy treścią promocyjną, a pozostałą). Głównym źródłem dochodów celebrytów nie są współprace z markami, ale ich codzienna praca – gra w serialach, gra w piłkę nożną czy koncertowanie i nagrywanie muzyki.

Makroinfluencer – od kilkuset tysięcy w górę

Ich mianem określamy najbardziej popularnych twórców internetowych, których popularność w pewnym momencie zaczęła wykraczać poza internet. Przykładem jest Macademian, która zaczynała jako blogerka modowa, by zostać zaproszona do prowadzenia telewizji śniadaniowej.  Makroinfluencer to tak na dobrą sprawę firma zatrudniająca często kilkadziesiąt osób i rozbudowująca portfolio swoich usług oraz produktów (Grupa Abstra). Większość nowych produktów i usług nie jest związana z digitalem i dotyczy sprzedaży ubrań, akcesoriów, kosmetyków czy książek.

Kim jest KOLs?

KOL jest akronimem od angielskiego key opinion leader, czyli popularnego w Polsce lidera opinii. Za taką osobę uchodzi konsument lub specjalista z danej branży, który jest uznawany za autorytet w swojej dziedzinie. Granica pomiędzy KOLs, a influencerami wszelkiej maści jest dosyć płynna. Jednak nie należy stawiać znaku równości pomiędzy tymi dwoma grupami. Nawet jeśli większość influencerów można zdecydowanie uznać za liderów opinii. Dlaczego?

KOLsami są również osoby, które nie prowadzą aktywności online lub nie przywiązują do niej uwagi. Najczęściej promują się na zewnętrznych kanałach takich jak blogi, serwisy informacyjne czy programy telewizyjne na przykład poprzez udzielanie fachowych komentarzy. Mogą występować na kanałach społecznościowych marki, z którą współpracują.

KOLsi świetnie sprawdzają się w kampaniach content marketingowych oraz działaniach PRowych.

Jak każdy biznes, również media zachłysnęły się możliwościami jakie daje sztuczna inteligencja. Dzięki niej można tworzyć zdecydowanie więcej treści w krótszym czasie. Dla wydawców i serwisów informacyjnych więcej oznacza lepszy zarobek. Jednak zabiera nie ma róży bez kolców. Jeśli coś tworzysz na masową skale to przestaje to być premium. I tak oto sztuczna inteligencja powoli niszczy dziennikarstwo oraz media. Jak ten proces przebiega i w jaki sposób można niwelować jego skutki rozmawiałem w podcaście „Zalogowani” realizowanym przez Polskie Radio, a moim gościem był Robert Feluś.

Jak media i redakcje korzystają ze sztucznej inteligencji?

Po pierwsze AI może szybko i całkiem sprawnie sprawdzić tekst pod kątem błędów ortograficznych, stylistycznych i interpunkcyjnych. Praca korektora, który szczytuje każdy tekst w poszukiwaniu nawet najmniejszych odstępstw od gramatyki jest łatwa do zastąpienia. Ok, rozwój nowych technologii zmienia zawody, stawia nowe wyzwania – taka kolej rzeczy i pozostaje nam trzymać kciuki, że ci co stracili pracę przez sztuczną inteligencję znajdą coś nowego. Nie jest to też nic czego nie było wcześniej, bo edytory tekstowe już od dawna podkreślają nam błędy.

Po drugie, i to jest gorsze, sztuczna inteligencja może pisać całe teksty. Wybierasz odpowiedni prompt zaszyty w CMSie redakcyjnym, wklejasz link do tekstu źródłowego i po paru sekundach masz gotowy tekst. Zamiast tworzyć 5 do 7 tekstów, jesteś w stanie „stworzyć” (bo pisaniem tego nazwać nie można) 10 – 14. Jednak nie będą to żadne specjalne czy unikatowe treści. To będzie przysłowiowa „mielonka” informacyjna, która do życia czytelników niewiele wnosi.

„Korzystając ze sztucznej inteligencji będziesz miał więcej czasu na tworzenie autorskich tekstów” – pewien czas temu usłyszałem taki tekst w redakcji. Zapytałem się swojego gościa co sądzi o takiej „motywacji” do korzystania z AI. Robert Feluś udzielił jednoznacznej odpowiedzi…

Mediaworkerzy piszący dla algorytmów, zamiast dziennikarzy piszący dla ludzi

Tak teraz wyglądają największe media w Polsce (serwisy Agory, RASP, WP i wielu innych). Jak długo to przyniesie im zarobek, tego nie wiemy. Jednak, chociaż może jestem trochę naiwny, wierzę, że czytelnicy w zalewie „mielonki” przygotowanej przez sztuczną inteligencję zaczną wymagać więcej. Zaczną szukać czegoś więcej niż tylko prostych porad czy tekstów wykorzystujących takie emocje jak złość, smutek czy rozczarowanie.

Oczywiście większość z mediów czy serwisów zatrudnia jednego albo więcej dziennikarzy z prawdziwego zdarzenia, ale to przysłowiowa wisienka na dziennikarskim torcie AI. Na jednego dziennikarza przypada przynajmniej kilku mediaworkerów od „mielonki”, którzy mają za zadanie nabić jak najwięcej wyświetleń i zarobku z reklam. Jadczak, Słowik czy inny dziennikarz potem odbierze statuetkę za „Dziennikarza roku” czy najlepszy tekst, a jego pracodawca rozdmuchuje to na wszystkie możliwe strony tworząc iluzję, a może przykrywając raczej fakt, że zarabia na „mielonce” od sztucznej inteligencji.

Podczas inspirującej rozmowy z Robertem Felusiem poruszyliśmy też między innymi temat sukcesu „Kanału Zero” Krzysztofa Stanowskiego oraz odpowiedzialności jaka ciąży na wydawcach treści. Zapraszam do oglądania i słuchania!

Tekst powstał BEZ udziału sztucznej inteligencji.

O autorze

Pracę z mediami społecznościowymi rozpocząłem w 2010 roku w agencji Ogilvy Interactive. Kolejne doświadczenie zdobywałem jako dyr. ds. mediów internetowych w magazynie branżowym Brief oraz product manager w Grupie Onet-RAS oraz social media manager w Edipresse Polska.  Czytaj więcej >

POLULARNE WPISY

Zobacz również na moje szkolenia

DODAJ KOMENTARZ