Fake news i post-truth: problemem są odbiorcy

fake-1909821_1920.jpg

Fake news i post-truth to jedne z najgorętszych pojęć ostatnich tygodni w mediach. Dyskusje (moim zdaniem przesadnie rozdmuchane) na temat ich istoty, przyczyny i temu jak zjawisku zaradzić zalewają portale i serwisy branżowe. Brakuje jeszcze chyba tylko fake newsa o… fake newsach.

Co to jest fake news?

Zacznijmy od fake news. Mam wrażenie, że jak zwykle to bywa w szeroko pojętej branży, tworzy się dyskurs na temat rzeczy, która nie do końca doczekała się spójnej definicji. To tak jakby dwie osoby rozmawiały o samochodzie, tylko, że jedna myśli o „maluchu”, a druga o Ferrari.

Podobnie jest z fake news. Spotkałem się z definicją, która kwalifikuje do fałszywych informacji wszystkie pomyłki dziennikarzy, powołanie się na niesprawdzone źródła czy wyciąganie błędnych wniosków. Dla mnie ta definicja jest zbyt szeroka i zawęziłbym ją do „świadomie przygotowanych błędnych informacji, które nie mają na celu rzetelne poinformowania odbiorców, ale wygenerowania jak największej liczby wejść na stronę (zarobienie na reklamach)”. Ta premedytacja w działaniu charakteryzowała właśnie grupę ludzi, którzy podczas ostatnich wyborów w USA przygotowywała nieprawdziwe informacje na temat Donalda Trumpa. Ich motywacją był zarobek.

 

Popularność frazy fake news w wyszukiwarce Google na świecie w ostatnich 12 miesiącach.

Problem rzetelności dziennikarskiej jest stary jak świat. Osoby pracujące w mediach popełniają błędy. W dobie tysięcy serwisów horyzontalnych, wertykalnych i setek tysięcy blogów o takie błędy nie trudno. Dziennie na świecie powstają setki tysięcy PoC (pieces of content). Wystarczy, że ułamek promila z ich autorów nie wytrzymał presji i opublikował coś za wcześnie, zapomniał zweryfikować źródło lub zwyczajnie nie miał siły grzebać w temacie bo był zmęczony, a redaktor prowadzący go naciskał.

Era fake news oznacza, że nagle zaczęło się opłacać tworzyć fałszywe informacje, bo można na tym sporo zarobić. Zwłaszcza gdy biorą się za to osoby z małego państwa, w którym stawki za eCPM są 4-10 krotnie niższe niż np. USA czy Wielkiej Brytanii. Nie oszukujmy się, pisanie krótkich informacji po angielsku nie jest wielką sztuką w świecie globalnej wioski.

Kto jest odpowiedzialny za popularność fake news?

Miliony osób piją colę i jedzą fast foody chociaż nie są zdrowe. Tak samo miliony osób chcą czytać proste, nacechowane emocjami teksty. Pytanie brzmi czy mamy im tego zabronić? Mamy ich odciąć od ich „coli i burgera z frytkami”? Czy mamy prawo decydować kto i czym się karmi? Niewątpliwie fake news nie dostałyby się na świecznik gdyby nie social media. To właśnie dzięki takim serwisom jak Facebook czy Twitter fake news zdobyły olbrzymie zasięgi organiczne.

Media i wydawcy nie ponoszą odpowiedzialności za fake news.

Odpowiedzialność ponosimy my – odbiorcy i konsumenci treści w internecie.

Co to jest post-truth?

W ten sposób sprawnie przechodzimy do drugiego zagadnienia, czyli post-truth (post prawdy). Czym jest? Synonimem głupoty i lenistwa internautów, którym łatwiej kierować się emocjami niż rozumem. Bo przecież najprościej jest powiedzieć w dobie 32 gigabajtów danych, które zalewają każdego z nas każdego dnia, że coś jest prawdą BO ZOSTAŁO TO OPUBLIKOWANE NA FACEBOOKU. Aby oszczędzić czas na przyjęcie tak olbrzymiej liczby danych musieliśmy zrezygnować (a przynajmniej większość z nas) z weryfikacji źródeł. Zostaliśmy zmuszeni do bezgranicznego ufania tym, którzy treści wydają. Wiemy, że New York Times, BBC czy Washington Post fake newsów nie przepuszczą. Dlaczego ufamy witrynom, które widzimy pierwszy raz na oczy?

Smutne jest to, że internet na świecie jest postrzegany jako wyznacznik dobrobytu, szansa na rozwój i godne życie. A mimo to korzystają z niego dziesiątki, jak nie setki milionów osób, które z rozkoszą zanurzają się w post prawdzie. Dają się ponieść fali emocji, nie potrafią spojrzeć na świat trzeźwo, szeroko.

Z internetu na świecie  korzysta mniej więcej co drugi człowiek. O polepszenie tego stanu walczy dzielnie Facebook, Google i inne instytucje (pomińmy fakt, że chodzi im o zwiększenie własnych dochodów, a nie pomoc). Teraz pomyśl, że ich działania przynoszą skutek i do grona internautów na świecie dochodzą nowe rzesze użytkowników. Użytkowników, którzy są internetowymi analfabetami. Na fali entuzjazmu klikają we wszystko, uwierzą w każdą treść. Potrzeba czasu, miesięcy, lat zanim nauczą się jak poprawnie korzystać z globalnej sieci.

Tacy internetowi analfabeci to najbardziej podatny grunt dla fake news i post prawdy

::
Foto: pixabay.com
::

 

Przeczytaj też: 

One już od nas odeszły

O autorze

Pracę z mediami społecznościowymi rozpocząłem w 2010 roku w agencji Ogilvy Interactive. Kolejne doświadczenie zdobywałem jako dyr. ds. mediów internetowych w magazynie branżowym Brief oraz product manager w Grupie Onet-RAS oraz social media manager w Edipresse Polska.  Czytaj więcej >

POLULARNE WPISY

UDOSTĘPNIJ

Zobacz również na moje szkolenia

DODAJ KOMENTARZ