niedziela, 8 września 2013

Od blogera do celebryty

Coraz bardziej interesuje mnie zjawisko celebryctwa w internecie, które jest ściśle związane z blogosferą. Niczym Wiliam Graham z "Hannibala" wszedłem w skórę "typowego blogera", który jest o krok od sławy, aby poczuć co czuje, czego pragnie i co go motywuje.

Wiem, wiem - miałem nie pisać o blogerach. Znowu wyjdę na hipokrytę, no ale wyświetlenia i unikalni odwiedzający na ulicy nie leżą. 


Aby nadać znamiona uporządkowania, przedstawię argumenty w punktach, w postaci przemyśleń, które są wynikiem dyskusji z kilkoma osobami z "branży". Te osoby nie kupują konceptu celebryctwa pochodzącego z bloga. Same mają bardzo duże doświadczenie zawodowe, co przekłada się na ich trzeźwy i racjonalny osąd.


Czyny, nie słowa.

Stara jak świat prawda. Warto od niej zacząć wszelkie rozważania na temat ewentualnego awansu z blogera na celebrytę. Sławę, uznanie i szacunek ludzi ulicy zyskujemy konkretnymi czynami, które są przejawem naszej inteligencji, wytrwałości, sprytu czy jakiejkolwiek innej cechy charakteru lub umiejętności. Pisanie bloga to nie czyn, tylko w większości przypadków zwykłe pieprzenie. Wybaczcie, ale postawić blog na Blogspocie lub Wordpressie to nie jest przysłowiowe "rocket science" i nie wymaga specjalistycznej wiedzy i umiejętności. To samo z pisaniem - każdy w liceum pisał opowiadania, więc na bloga też coś trzaśnie.

Czynem jest zrobienie kilkudziesięciu kampanii w ciągu paru lat dla różnych marek, gdzie budżety miały przynajmniej sześć cyfr. Czynem jest wieloletnia praca w topowej restauracji jako szef kuchni. Czynem jest zaprojektowanie kilku kolekcji ubrań, które będą na tyle dobre, że doczekają się prezentacji na wybiegu. A teraz te czyny przyłóżcie do topowych blogów w Polsce i zobaczycie, że 3/4 z nich opiera się na pieprzeniu... Szkoda tylko, że JESZCZE przeciętny Kowalski myśli, że "skoro ktoś pisze to pewnie wie o czym" i czyta to pierdolenie jak prawdy objawione.

Karierę to się robi offline

Niestety - trzeba wyjść do ludzi i z nimi rozmawiać. Trzeba budować relacje, poznawać NOWYCH ludzi, którzy niekoniecznie gotują się w tym samym sosie co my. Internet nie zwalnia nas z obowiązku posiadania umiejętności komunikacji "face 2 face" (F2F) na poziomie przynajmniej średnio zaawansowanym.

Nawet, żeby dostać się do jakiegoś reality show w TV trzeba przejść casting i być lepszym, ciekawszym niż kilka tysięcy innych chętnych. Już nie wspomnę o wszystkich programach typu "Master Chef" gdzie uczestnicy to wykwalifikowani kucharze z charakterem i konkretną osobowością (porównanie do blogerów kulinarnych niezamierzone). Później idą takie blogery do popularnego talk-show i są zjadane przez prowadzącego na śniadanie.

Motyw (William Graham core)

Większość z nas chce czuć się ważnym i docenianym. Media społecznościowe dają nam złudną szansę na spełnienie tych potrzeb. Dlaczego złudną? Bo dają drogę na skróty. Nasz wpis czy wideo w ciągu kilku godzin może trafić do tysięcy odbiorców. Bez social media musielibyśmy biegać i spotykać się z ludźmi, sprzedawać siebie, nawiązywać relacje F2F. Wymagałoby to od nas olbrzymiego wysiłku oraz poświęconego czasu. Siedząc na dupie przed komputerem jest nam wygodnie, czujemy się bezpiecznie.

No ale nawet siedząc na tej dupie musimy opłacić prąd, jeść i podążać za high life trendami. Gdzieś się utarło, że ludzie znani to śpią na pieniądzach, niczym Lannisterowie z "Gry o Tron" wręcz srają złotem. Więc jeśli będę znany (czyt. <50k odwiedzających blog miesięcznie), będę miał hajs. Nic bardziej mylnego. Albo nie wiesz co to jest prawdziwy hajs. Zarabiają go ludzie, którzy mają umiejętności lub są na tyle ogarnięci, że to oni kreują celebrytów. Ale spoko, na iPhone'a 5 starczy. Na dwie wizyty w popularnej burgerowni też żeby jebnąć foodporn na Instagram.

Vlog is the way

Bez dwóch zdań do celebryctwa najbliżej jest vlogerom. Jenna Marbles dzięki vlogowi weszła w świat telewizji, jest zapraszana na imprezy z wyższej półki. Nic dziwnego: 10,5 mln. subskrybentów i 1,22 mld. wyświetleń na YouTube. Całe szczęście polska vlogosfera też jakoś trzyma poziom. Z racji wykonywanego zawodu chodzę na konferencje i prezentacje celebrytów do TVN, TVP czy Polsatu. Może jestem ślepy, ale jedynym blogerem jakiego widziałem na takich imprezach był Łukasz z 20m2.

Vlogerzy mają przewagę nad blogerami, i to nie jedną. Po pierwsze muszą się wykazać pewnymi umiejętnościami. Nagranie dynamicznego, ciekawego, kilkuminutowego materiału nie jest rzeczą łatwą (lub jak ktoś woli wymaga większego nakładu pracy niż pierdolnięcie paru zdań na blogasku). Po drugie pokazują całego siebie, swoją ludzką stronę. Widzimy ich uśmiechnięte gęby i od razu również i my się uśmiechamy. Mimo, że jest to relacja online, mamy przynajmniej namiastkę F2F. Kupujemy to co mówią, jak mówią, jak wyglądają, jak się zachowują. Poza tym żyjemy w złudnym przeświadczeniu, że kłamstwo i obłudę jesteśmy w stanie rozpoznać zarówno rozmawiając z kimś jak i oglądając jego wideo.

Szczerze to mam zaciesz jak #branża jara się Vine czy możliwością nagrywania wideo na Instagram i chce z tego robić vlogi - kolejny przejaw lenistwa i bylejakości. Tak, czy inaczej, trzymam mocno kciuki za polskich vlogerów (Polimaty, Abstrachuje) i czekam na jakiś konkret w języku angielskim.

Spojrzenie w głąb siebie (again William Graham core)

Zaraz się pewnie zacznie w komentarzach, że "ledwo tysiąc wyświetleń ma i się rzuca na lepszych nieudacznik" i tak dalej. No niestety, ale ja w "wyścigu blogerów" nie startuje. To co piszę, robię raczej dla siebie, lub jako coś w rodzaju portfolio. Spełnienie i ewentualny sukces planuję osiągnąć krocząc drogą cierniową. Po drodze już nie raz mnie oszukano czy olano, pewnie jeszcze to się powtórzy. No cóż, życie. Ale dobry dom musi mieć solidne fundamenty, przy których budowaniu trzeba się mocno narobić.

Fajnie się pocieszam i usprawiedliwiam, że nie jestem drugim Kominkiem, co? ;-)




Marketing

Blogosfera

Wywiady

Copyright © 2014 Why so social