sobota, 30 marca 2013

Social media policy? Nie, dziękuję.

Parę godzin temu ukazał się artykuł na temat zwolnienia przez pewną firmę swojego pracownika. Powodem takiej decyzji było zamieszczenie przez niego, na swoim profilu na Facebooku, linku do artykułu, który nie był przychylny ówczesnemu pracodawcy oraz zamieszczeniu pod nim komentarza "Lubię to". Cała sprawa nie nabrałaby dużego rozgłosu, gdyby nie to, że firma o której mowa przeżywa ciężki okres. Oczywiście internauci nie tylko rozdmuchali historię, ale również stanęli po stronie zwolnionej osoby. Czy słusznie?


Nie wymieniam nazwy firmy, ani godności zwolnionego pracownika ponieważ nie chcę się uwikłać w pewne niepotrzebne i nacechowane emocjami dyskusje. Bardziej chodzi mi o pewne zjawisko, które obserwujemy w internecie i mediach społecznościowych. Zjawisko, którego nie jest świadoma większość internautów. Chodzi o zacieranie się granicy pomiędzy tym co jest prywatne, a co służbowe.

Prowadząc szkolenie dla przedstawicieli NGO poruszyłem sprawę prywatnego i zawodowego wykorzystywania mediów społecznościowych. Wiele z obecnych osób wyraziło zdziwienie, że ich konto na Facebooku nie jest ich prywatną własnością i powinni uważać na to, co na nim zamieszczają. No cóż, nie o wszystkim mówimy podczas rozmów "face to face", a jeśli już coś niestosownego powiemy to zazwyczaj nie pozostaje po tym materialny ślad. Internet rządzi się swoim prawem:

What goes on the Internet, stays on Internet.

Zamieszczając treść w internecie musimy być przygotowani, że zobaczą ją dziesiątki osób, w tym nasi znajomi, rodzina, przyjaciele, współpracownicy, pracodawcy... W realnym życiu rzadko zdarza się nam przemawiać do tak licznego i różnorodnego grona. Ba! Przemawiając do nich dokładnie ważylibyśmy każde słowo! Niestety nie rozumiał tego do końca zwolniony pracownik i poniósł, moim zdaniem, zasłużoną karę.

Pracodawca nie może sobie pozwolić na przebaczenie, gdy jego pracownik "robi do własnego gniazda", które co miesiąc karmi jego konto cyferkami. Po pierwsze musi dać znak/ostrzeżenie pozostałym pracownikom. Po drugie taka wpadka podkopuje wizerunek co pośrednio przekłada się na straty finansowe. Czy Ty, Drogi Czytelniku, utrzymywałbyś pracownika, który swoimi działaniami naraża Cię na stratę klientów? Nie sądzę. 

Ok. Nie płaczmy już nad rozlanym mlekiem. Bardziej w tym wszystkim przeraża mnie wspomniany wyżej brak świadomości w zasadach jakimi rządzi się komunikacja w internecie. Rok temu ponad 90% firm w Polsce nie posiadało dokumentu regulującego zachowanie pracowników w internecie. Taki dokument można stworzyć na bazie dokumentu dostępnego na stronach IBM. Jednak jeśli przeczytamy chociażby 12 punktowy skrót, to nasuwa nam się jedna myśl: przecież ten dokument to truizmy. Stosowanie się do tych podpunktów to jak przepuszczanie przodem kobiety w drzwiach!

Jak widać na przykładzie zwolnionego pracownika oraz obserwując mężczyzn w komunikacji miejskiej, truizmy należy przypominać. I to często!

Czy naprawdę tak trudno pamiętać o tych punktach?
  

Marketing

Blogosfera

Wywiady

Copyright © 2014 Why so social